Witam,
W dyskusji "Mane, Tekel, Fares" pojawil sie watek analfabetyzmu.
Niektorzy pewnie uwazaja, ze przesadzam podajac liczbe 60% jako odsetek
analfabetow w spoleczenstwie USA. Mi jednak wydaje sie, ze rozniez w
innych rozwijajacych sie lub wysoko rozwinietych spoleczenstwach
analfabetyzm osiaga podobne rozmiary. Oczywiscie nie chodzi mi o
odroznianie literki A od B, a o umiejetnosc sprawnego czytania i pisania
oraz w ogole sprawnego poslugiwania sie jezykiem.
Ja osobiscie coraz czesciej spotykam sie z osobami twierdzacymi, ze maja
dyslekcje, dysortografie, dysgrafie itp. Wydaje mi sie rowniez, ze
jeszcze kilka lat temu odsetek takich jednostek byl daleko mniejszy (a
nawet znikomy). Czy to nie jest przypadkiem tak, ze ludzie coraz mniej
czytajac ksiazek, coraz wiecej ogladajac telewizji po prostu traca
umiejetnosc poslugiwania sie jezykiem? Czy to nie jest tak, ze dyslekcja
itp. choroby sa w rzeczywistosci naukowymi nazwami do zwyklego
analfabetyzmu wlasnie wynikajacego z trybu zycia dominujacego w wysoko
rozwinietych Panstwach? A jesli tak nie jest, to dlaczego epidemia tych
chorob wybuchla w Polsce wraz z nastaniem ery magnetowidow (czy to moze
tylko moje mylne wrazenie?)? Dlaczego coraz czesciej mlodzi Polacy nie
sa w stanie w rozmowie poslugiwac sie slownictwem wykraczajacym poza
filmy typu brazylijskiego oraz zwroty zaslyszane na ulicy pod budka z
piwem (Pardon! Teraz to sie po polsku PUB nazywa!)?
Czy wiecie Panstwo, ze podobno okolo 50% Polakow nie czyta przez caly
rok zadnych ksiazek zadowalajac sie telewizja? Czy prawda jest, ze w USA
w szkolach publicznych w grupie z najwyzszym poziomem nauczania jezyka
ojczystego jest akceptowalne, jesli dziecko przeczyta rocznie nie wiecej
niz 2 ksiazki?
Pozdrawiam Serdecznie
Piotr Bernatowicz